„A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować.”

I znowu atak na Jezusa. Uzdrawia w Szabat. Mówią nie wolno! Reguła ważniejsza od człowieka, uważają. Ale na szczęście dla Boga, najważniejszy jest człowiek. Żadna reguła, żadna przeszkoda, żaden grzech nie przeszkodzi Ojcu dotrzeć do swego dziecka.

Ale tak już jest z nami faryzeuszami. Nie widzimy całości, ale małą cząstkę rzeczywistości. Nie widzimy człowieka i jego piękno, ale z chęcią dostrzegamy jego słabość, wyolbrzymiając ją. Ile razy, zamiast zatrzymać się na dobru człowieka, na jego zaletach,  krążyliśmy jak sępy wokół jego jednego błędu?

Dziś Jezus uzdrawia kobietę. Od wielu lat była pochylona i nie mogła się wyprostować. To uzdrowienie, może stać się też i naszym uzdrowieniem. Ewangelia to nie jest historią tego co było, ale tego co się dzieje dziś w moim konkretnym życiu.

Być pochylonym, znaczy nie widzieć horyzontu, słońca, nieba. Być pochylonym znaczy widzieć tylko i wyłącznie jeden obraz: ziemię. Otóż wiara w Jezusa i przebywanie z nim uzdrawia nas od patrzenia na świat i swoje własne życie monopolowo. Pozwala nam patrzeć szerzej, przejść ponad nasze chwilowe problemy, trudności, załamania. Nie pozwala nam z nich czynić całość naszego życia. Jezus powiększa nam horyzont. Sprawia, że w ciemności zawsze potrafimy dostrzec światło, w porażkach okazję do wzrostu, w upadkach okazję do większej mądrości.

Prośmy Pana, by uzdrowił nas od patrzenia tylko i wyłącznie w jedną życiową trudność, robiąc z niej całym naszym życiem. Z Jezusem nawet porażki stają się początkiem dziełem niesamowitej sztuki!