„Do grzesznika poszedł w gościnę.”

Nie jest tak łatwo przyjąć nam własną grzeszność. Człowiek, który uznaje przed sobą i Bogiem, że jest grzeszny, mówi inaczej, że jest słaby. Swojej słabości każdy się boi. Być grzesznym to wiedzieć, że sam, bez Boga, nie potrafię ani być świętym, ani dobrym, ani kochającym.
Z jednej strony łatwo nam się przyznać do bycia grzesznikami, no bo nie idzie temu zaprzeczyć. A z drugiej strony, nieraz to są tylko słowa, puste słowa. Tak jestem grzeszny, ale sam sobie dam radę. Jestem grzeszny, ale Ja jeszcze Bogu udowodnię, że mnie stać na więcej. Ja Mu pokażę moje dobre uczynki, moje modlitwy, moje wyrzeczenia, niech wie, że w sumie nie jestem byle kim.
Otóż to. Mówimy,  że jesteśmy grzesznikami czyli słabymi, nic niemogącymi bez Bożej pomocy, nawet w czynieniu dobra, a wciąż chcemy sobie i Jemu udowodnić, że tak nie jest.
Jezus idzie w gościnę do grzesznika. Nie po to, żeby zobaczyć jego dobre uczynki. Jezus idzie do grzesznika, nie po to, by go pochwalić, że chce się nawrócić. Jezus idzie do grzesznika bo wie, że ten Go potrzebuje.
A ty potrzebujesz Jezusa, jak tlenu, jak życia? Czy On jest jedną wielką i piękną ozdobą w twoim życiu? Mówimy: „Jezu pomóż mi, ale tylko w tym o co Cię proszę, nie posuwaj się za daleko.
A Jezus przechodzi mimo takich ludzi i podąża do człowieka, który został wyśmiany przez grzech. Podąża tam, gdzie jest tylko jedno wielkie i szczere wołanie: „Tylko Ty mi zostałeś, sam już nie dam rady”